Czy Etiuda może być fajna? Czyli parę słów o naszym systemie edukacji muzycznej

Stosunkowo niedawno Polski Związek Piłki Nożnej podjął uchwałę o zmianie systemu szkolenia dzieci i młodzieży w najmłodszych grupach. Na czym polega zmiana, która weszła w życie? Wyniki meczów  najmłodszych dzieci rozgrywane w ramach ligi nie są zapisywane, nie ma więc rywalizacji na rezultaty, liczbę strzelonych bramek…. Tak więc najmłodsi grają dla przyjemności, bez presji wyniku i efektu. Trenerzy otrzymali prezent w postaci „świętego spokoju” i mogą szkolić i UCZYĆ dzieci techniki, taktyki bez oglądania się na zbyt ambitnych i nadmiernie rozemocjonowanych rodziców, którzy za wszelką cenę chcieliby, aby ich dziecko było najlepsze.

Jak to się ma do naszego podwórka, czyli szeroko pojętego systemu edukacji muzycznej? Podobieństwa nasuwają się same. Od najmłodszych lat, czyli od początku edukacji instrumentalnej, dzieci wraz z nauczycielami i rodzicami żyją pod presją cosemestralnego egzaminu. Ten dzień bardzo często determinuje cały okres przed egzaminem, czyli okres wrzesień – grudzień. Dziecko zatem musi się wykazać przed komisją, czy zrobiło postęp, nauczyciel musi udowodnić, że umie uczyć, a rodzice zaciskają nerwowo ręce w oczekiwaniu na potwierdzenie, że oto mają przyszłego Zimermana lub Argerich. Tymczasem delikwent zamiast przez parę miesięcy pracować nad wieloma utworami, rozwiązywać kolejne problemy techniczne i warsztatowe, musi się skupić na paru utworkach, etiudkach, aby się „pokazać”, aby nauczyciel mógł się pochwalić zdolnym uczniem, a rodzice mogli żyć w złudnym poczuciu, że mają nowego Rubinsteina. Powstaje zasadnicze pytanie, co dalej? Oczywiście ci najbardziej zdolni, ta garstka wybitnych się jakoś obroni, ale ile talentów i zdolnej młodzieży w tym zbiurokratyzowanym systemie nam umknie? Efekty przychodzą już w szkole średniej: brak umiejętności szybkiego czytania a vista, podstawowe braki techniczne i warsztatowe, wolne tempo pracy, a co za tym idzie bardzo ograniczony repertuar, który można przerabiać z uczniem.

Wszystkie te problemy zaczynają dawać znać o sobie dotkliwie na początku studiów. Zgodnie z dotychczasową praktyką, aby dostać się na wymarzona uczelnię, kandydat nierzadko przygotowuje jeden program przez wiele miesięcy, a nawet przez lata. Efekt? Przyzwoicie przygotowany program na egzamin i olbrzymie braki dosłownie w każdym elemencie warsztatu instrumentalnego, które wychodzą jeszcze na pierwszym roku studiów. A to już jest moment w życiu, kiedy nie wszystko uda się nadrobić….

Co zatem możemy zrobić? Czy jest jakieś cudowne remedium? Zapewne nie, system biurokratyczny trzyma się bardzo mocno, ba, wydaje się powiększać swoją władzę. Nauczyciele zmuszeni są do wypełniania tysiąca mniej lub bardziej bezsensownych papierków, do wykazywania osiągnięć swoich podopiecznych już od najmłodszych lat…. to droga donikąd.

Uczmy myślenia, uczmy szybkiej i efektywnej pracy. Nie każdy egzamin musi być perfekcyjny, efekty mają przyjść później. Tłumaczmy rodzicom, że ważne jest, co będzie za kilka lat, a nie na początku. Etiuda może być fajna, nawet jeśli nie będzie od razu „na płytę”. I najlepiej jeśli nie będzie to jedna etiuda, ale dwie, trzy i więcej. Może dzięki temu ograniczymy również stres związany z oczekiwaniem perfekcyjnego wykonania na egzaminie… Ale to już temat na kolejne Dni Edukacji Muzycznej!

Dr hab. Bartłomiej Kominek
Akademia Muzyczna w Krakowie im. K. Pendereckiego