Wykonawca vs kompozytor. Czy aby na pewno zawsze grają w tej samej drużynie?

Akcent, łuk, kropka, kreska, piano, dolce, legato, sostenuto… czy ktokolwiek z nas jest w stanie policzyć, ile razy w życiu pochylił się nad partyturą w nadziei, że tym razem zrozumie te wszystkie graficzne wskazówki kompozytorskie pozostawione na wypełnionej po brzegi kartce papieru? A następnie wykona – rzetelnie, z przekonaniem i w najlepszej wierze, że jego interpretacja będzie właśnie tą, o której myślał kompozytor w trakcie pracy nad swoim dziełem?

Spójrzmy na to z nieco innej perspektywy. Od wieków wiedza dotycząca zagadnień wykonawczych była przekazywana z ust do ust. Dawniej artyści mający do czynienia z zapisem nutowym w dużym stopniu wiedzieli, jak dzieło należy wykonać, co oznaczają kropki czy kreski pod dźwiękami oraz czym kierować się przy odgadywaniu charakteru danego fragmentu. I jak to możliwe? Przecież choćby jeszcze dwieście lat temu muzycy nie mieli do dyspozycji tak potężnego arsenału informacji dostępnych dla każdego na wyciągnięcie ręki. My mamy odpowiedzi właściwie w zasięgu jednego palca. Wystarczy jedno kliknięcie, a rozwianie naszych wątpliwości pojawia się na ekranie smartfonu. Co oznacza na przykład określenie con fuoco możemy dowiedzieć się w kilka sekund.

Dla muzyka możliwość konsultacji wykonania z samym kompozytorem jest, była i jeszcze pewnie długo będzie niewyobrażalnym luksusem. Zazwyczaj autora i wykonawcę dzielą dekady, a nawet wieki. Czy my, dzisiejsi artyści, korzystający z technologicznych zdobyczy i dobrodziejstw ostatnich kilkunastu lat naprawdę potrafimy zrozumieć zapis nutowy? Odczytać – z pewnością tak. Jednak zazwyczaj to zbyt mało, aby zachwycić publiczność. A może straciliśmy nieco instynkt odkrywcy, łowcy nowych muzycznych wrażeń? Wygodniej i szybciej przecież jest coś odtworzyć niż wykreować od przysłowiowego zera.

Proces odkrywania jest niesamowicie wciągający i fascynujący. To jak łamanie hasła dostępu do pilnie strzeżonych informacji. Podczas pracy nad utworem możemy zadać sobie niezliczoną ilość pytań: z czym kojarzy się dany fragment, jakie wywołuje uczucia, emocje, jak „pachnie” ta muzyka etc. Czy można się pomylić przy odpowiedzi? Pewnie tak. Jednak w dużej mierze to nie jest aż tak istotne. Liczy się sam proces, próba odkrycia, poznania czegoś nowego, usłyszenia nowych barw, ujrzenia kolorów dźwięków.

Doświadczyłam tego ostatnio podczas pracy nad wydaniem nigdy wcześniej nie publikowanych utworów Grażyny Bacewicz. Choć kompozytorkę i jej język muzyczny znam od wielu lat, zadziwił mnie stopień trudności i zawiłości owych kompozycji. Moje wątpliwości podzielali uczniowie oraz studenci, którzy podjęli próbę wykonania tych utworów. Jako pedagog mam obowiązek przygotowania młodzieży do samodzielnej pracy nad utworem i swobodnego poruszania się po zapisie nutowym.

W zespole, który odpowiada za ostateczny, dźwiękowy kształt utworu, obok kompozytora, nauczyciela i wykonawcy jest jeszcze jeden gracz. Cichy bohater, czyli edytor tekstu nutowego. Jego wkład może niebywale ułatwić proces pracy nad utworem lub wywrócić wszystko do góry nogami. Zatem czy wszystkie te osoby zawsze grają w jednej drużynie? Czasem pewnie tak, a czasem nie. Jednak najważniejsza jest znajomość zasad gry. Tylko wtedy uczestnicy mogą z niej czerpać radość – wspólnie przeżywać wyjątkowe chwile triumfu, dzielić się doświadczeniem, a ponad wszystko dobrze się bawić. Patrzy na nich przecież ukochana widownia, publiczność, bez której osamotniony kompozytor czy wykonawca traci sens istnienia.

Agata Szymczewska